RSS
 

Prośba o pomoc dla…

13 lip

Tym razem nie zamieszczam żadnej recenzji czy tekstu o literaturze.

Chciałabym wspomnieć o swoim internetowym znajomym. Jestem z niego dumna, ponieważ wydawnictwo Novae Res zgodziło się wydać jego zbiór opowiadań. Czytałam niektóre z nich i przyznam się, że są dobre. Jednakże mój znajomy potrzebuje pomocy – brakuje mu dostatecznej ilości pieniędzy, aby spełnić swoje marzenie o zobaczeniu swojej książki na półce w polskich księgarniach. Jeśli chcecie poznać szczegóły całego przedsięwzięcia, zapraszam na stronę:


http://polakpotrafi.pl/projekt/zbior-opowiadan-zadnych-romantycznych-bzdur

Czekamy na Wasze wsparcie:-)

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

‚Osiem zeszytów’ – H. Studart

01 kwi

Literatura z Ameryki Południowej kojarzyła mi się głównie z Paulo Coehlo, potem z Isabel Allende, a niedawno, zupełnie przez przypadek (wiem, że nie ocenia się książki po okładce, ale w tym wypadku mój wzrok przyciągnął kolor) natrafiłam na powieść brazylijskiej pisarki i feministki Heloneidy Studart (1932-2007) pod niezbyt urzekającym tytułem Osiem zeszytów. Jednocześnie zaskoczyła mnie pomysłowość speców od marketingu (o której pisałam w ostatnim wpisie), ponieważ nie natrafiłam ani na ‚pisarkę wszech czasów’, ‚romans wszech czasów’ czy ‚bestseller w kilkunastu krajach’ , ale na porównanie do Simone de Beauvoir (1908-1986). Trzeba przyznać, że taka zachęta potrafi zaciekawić czytelnika obeznanego z książkami, prawda?

Głównymi bohaterkami tej powieści w dużej mierze są kobiety – siostry Mariana i Leneor, obie niezbyt szczęśliwe w małżeństwach (z rozsądku i z miłości, ale toksycznej) oraz ich ciotka Maria.  Pochodzą one z szanowanej rodziny, gdzie panuje dość dziwna tradycja – jedna z córek z każdego pokolenia ma zostać starą panną, aby zajmować się rodzicami na starość, natomiast inne mogą bawić się i wyjść za mąż. Ten los spotyka ostatnią wymienioną przeze mnie postać, która na samym początku powieści popełnia samobójstwo, a swojej siostrzenicy (Marianie) zapisuje w spadku tytułowe osiem zeszytów zawierające jej zapiski z życia. Czemu właśnie jej? Na to pytanie można znaleźć odpowiedź w dalszej lekturze.

Czytałam wiele opinii na temat Ośmiu zeszytów - jedne chwalące, inne czepiające się przewidywalności. Ja sama podczas czytania ledwo mogłam oderwać się od poznania dalszych losów sióstr z Rio de Janeiro oraz ich ciotki. Nie będę rozpisywała się nad świetnym stylem i ciekawą opowieścią, ale skupię się nad innym aspektem. Wspominałam, że Heloneidę Studart porównano do Simone de Beauvoir. Obie pisały, obie były feministkami, jednak stwierdziłabym, że takie stwierdzenia jest trochę przesadzone – Simone pochodziła z Europy, a Heloneida z Brazylii, gdzie inaczej prezentuje się rolę kobiet i ich ‚wyzwolenia’.

Moim zdaniem, wszystkie negatywne opinie są ukształtowane w ten sposób (przewidywalność, schematyczność), ponieważ Osiem zeszytów to powieść, w której widać pióro feministki. Tak więc mamy zaprezentowane w pełnej krasie wizerunki pewnych siebie i mających konkretny cel w życiu kobiet, pokazanie w krzywym zwierciadle (nawet w ośmieszającym świetle, że czytelnik niezbyt lubi takie postaci) latynoskich odpowiedników naszej Emilii Korczyńskiej, a mężczyzn pokazanych w dwóch grupach – albo tyranów, albo pantoflarzy (głównie starych kawalerów). Sama fabuła w głównej mierze dotyczy roli kobiety w świecie rządzonym przez tradycje, często określanych jako ‚odchodzących do lamusa’ – kultura patriarchalna,  a sprzeciwianie się temu podziałowi przynosi dość tragiczne konsekwencje (warto zwrócić uwagę na relacje rodziców i dziecka, tutaj będzie to córka). Najbardziej podobały mi się kartki z pamiętnika ciotki Marii – aż nie mogłam doczekać się, kiedy Mariana znowu zasiądzie nad tymi zeszytami:-)

Ogólnie stwierdzam, że Osiem zeszytów jest na razie moim największym pozytywnym zaskoczeniem 2013 roku – osobiście lubię tematykę feministyczną (ale sama nie określiłabym siebie jako feministkę)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ulubione

 

Romanse a romanse – jest jakaś różnica?

29 mar

Nie macie czasem wrażenia, przechodząc między półkami księgarni czy innych sklepów z książkami, że mamy w branży wydawniczej mało pomysłowych speców od marketingu? Z własnego doświadczenia czytelniczego mam do czynienia albo z ‚pisarzem/pisarką wszech czasów’, ‚bestsellerem wszech czasów’ oraz stwierdzeniem, który powoduje u mnie największe emocje – ‚romans wszech czasów’. Dziwne, że dopiero niedawno zaczęłam zwracać na to uwagę, a zaczęło się to od zwykłej wizyty w Empiku.

Był listopad, zeszły rok. Pamiętam to doskonale, ponieważ na ekrany polskich kin wchodziła nowa ekranizacja Anny Kareniny. Oczywiście na okładce filmowej wielki napis: ROMANS WSZECH CZASÓW. Byłam bardzo zniesmaczona tym chwytem, ponieważ powieść Lwa Tołstoja, prawda, w głównej mierze opiera się na miłości tytułowej bohaterki do Wrońskiego, ale żeby od razu tak spłycać resztę?! Przecież dla niektórych Anna Karenina nie opowiada wyłącznie o miłości, ale o szczęściu i prawach od jego posiadania. Można w ten sposób zadać sobie pytanie – to w takim razie co można nazwać romansem, a co nie?

Można rzec, że można wymienić dwa rodzaje tego gatunku – należące do klasyki (Jane Austen, Maria Rodziewiczówna) oraz te współczesne (Danielle Steel, Nora Roberts czy autorzy, których nazwiska zwykle wylatują z głowy). Co je łączy? Na pewno to, że w większości przypadków mamy do czynienia ze szczęśliwym zakończeniem, a główna para bohaterów musi być albo atrakcyjna dla innych albo odpowiednio bogata. Najlepsza fabuła musi koncentrować się u arystokracji albo na podstawie początkowego uczucia nienawiści między naszą główną parą. Jakie mamy różnice? Chyba w tym, że po Dumę i uprzedzenie Jane Austen będziemy sięgać co jakiś czas i odnajdywać coś więcej niż rozwój uczucia między Elżbietą Bennet i panem Darcym, a w wypadku tych współczesnych po jakimś czasie zapominamy nazwiska autora, ponieważ niektóre historie mogą się ‚zlewać’ w jedno.

Brzmię dość brutalnie, ale głównym moim wskaźnikiem ‚romansowym’ jest to, czy ktoś będzie za kilka lat pamiętał historię markiza Gooda i pomywaczki Mary i czy jeszcze raz będzie można po to sięgnąć. Są na pewno czytelnicy, którzy nałogowo czytają tego typu historie i uważają je za świetne, ale powiedzcie sami – czy historia markiza może posiadać jakieś drugie dno, poza scenami erotycznymi i dość prostą fabułą (spotkanie, niechęć, pierwszy pocałunek, konsternacja, pierwsze zbliżenie, chwila wahania, szczęśliwe zakończenie)?

Do czego zmierzam? Aby pochopnie nie brać pod uwagi tego, co fundują nam spece od marketingu na okładce książki. Może po lekturze tego wpisu inni zobaczą, że rzeczywiście Annę Kareninę, Panią Bovary czy nawet Tessę d’Urberville ciężko nazwać romansami.

P.S. Ktoś może stwierdzić, po co krytykuję ten gatunek, skoro po lekturze tego wpisu można dojść do wniosku, że czytałam tego typu książki. Jestem zdania, że aby mieć jakąś opinię na temat literatury, trzeba zajrzeć do wszystkiego po trochu i dzięki temu można samemu spojrzeć, co należy nazwać ‚dobrą’, a co ‚kiepską’ lekturą.

P.S. 2. A co wy sądzicie nas temat romansów? Zgadzacie się ze mną, czy też macie zupełnie inny pogląd? Może ktoś lepiej wypowie się na ten temat niż ja? Zapraszam:-)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Lekkie

 

‚Hobbit, czyli tam i z powrotem’ – J.R.R. Tolkien

19 lut

Niesamowite bywają genezy powstawania niektórych powieści. Astrid Lindgren dla swojej córki wymyśliła postać Fizi Pończoszanki, znanej bardziej jako Pippi Langstrump, i dziś bardzo wiele osób dorastało na przygodach tej bohaterki.  Podobnie było z głośnym w ostatnim czasie tytułem Hobbit - John Ronald Reuel Tolkien (1892 – 1973) początkowo przygody Bilba Bagginsa i krasnoludów opowiadał swoim synom na dobranoc, i widząc ich zachwyt, postanowił podzielić się wymyśloną przez siebie opowieścią z czytelnikami (Tolkien był wybitnym profesorem językoznawstwa). Widać, że tak banalny dla wielu początek przyczynił się do powstania słynnej trylogii Władca Pierścieni i trwającej do dziś  fascynacji światem Śródziemia i hobbitami.

Osobiście nie jestem fanką gatunku fantasy – nie licząc serii przygód Harry’ego Pottera, z którą dorastałam – ale sięgnęłam po Hobbita głównie ze względu na film i coraz większym szumem wokół niego. Inną zachętą był fakt, że bez wątpienia ten tytuł zalicza się do klasyki.

Tak jak wspominałam wcześniej, powieść mówi o przygodach hobbita Bilba Bagginsa i grupy krasnoludów w celu odzyskania siedziby na Smoczym Wzgórzu pilnowanej przez – uwaga – smoka. Razem z naszymi przyjaciółmi i nieocenionym Gandalfem wyruszamy na niebezpieczną wyprawę, przy której znajdą się też powody do rozbawienia (głównie przy zakłopotaniach Bilba czy mojej ulubionej scenie z orkami). Językowo Hobbit przypomina baśń opowiadaną przez dziadka lub ojca odpowiednio modelującego głos.

Ta krótka (w porównaniu z innymi powieściami Tolkiena) książka jest bardzo lekką i przyjemną lekturą, taką baśnią dla dorosłych, przy której można się odprężyć i przenieść w inny świat. Jednak gdybym sięgnęła po Hobbita wiele lat wcześniej, bez żadnego szumu wokół filmu, to byłabym bezkrytycznie zachwycona, ale teraz po prostu uważam czas spędzony z Bilbem, Gandalfem i krasnoludami za miły.

Napiszę też szczerze, że zaraz po przeczytaniu Hobbita wzięłam się za Drużynę Pierścienia, jednak nie dałam rady…

Na sam koniec polecę wszystkim ten prequel słynnej trylogii Tolkiena i zdziwię się producentom filmu, którzy po raz kolejny chcą jak najwięcej zarobić, dzieląc tę niezbyt długą historię na trzy części. Ale cóż, takie prawa marketingu.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pracowity jak… Kraszewski?

18 lut

Jeżeli chodzi o liczną twórczość, to w tym aspekcie zawsze mówi się o Stephenie Kingu – mistrz horrorów, w księdze rekordów wpisany jako pisarz, którego najwięcej powieści doczekało się ekranizacji… Polacy przecież też mogą się pochwalić takim autorem! Cudze chwalicie, swego nie znacie, prawda? Józef Ignacy Kraszewski (1812 – 1887), bo o nim będzie ten wpis, może pochwalić się ponad 220 powieściami w swojej pracy literackiej, nie licząc artykułów, dzienników i korespondencji prywatnej. Prawda, że niesamowity wynik? Dodam też, że Kraszewski pisał książki sam (w tamtych czasach wielu literatów wynajmowało skrybów, którzy zapisywali to, co im dyktowano), i na dodatek gęsim piórem, chociaż wówczas popularne były stalówki. Jednakże w swoich czasach nie został odpowiednio doceniony - Polacy czytali z wypiekami na twarzy Dziadów czy Nie-Boską Komedię, zamiast zwykłych powieści o bardzo zróżnicowanej tematyce – Kraszewski nie ograniczał się: tworzył powieści obyczajowe, chłopskie, historyczne… Prawdziwy renesans jego pracy rozpoczął się w okresie pozytywizmu, kiedy sam Henryk Sienkiewicz, podczas zbierania materiałów do Trylogii, zaglądał do książek swojego starszego kolegi po fachu.

Sama zajrzałam do kilku utworów Kraszewskiego – chyba nie ma takiego czytelnika, który przebrnął przez te ponad dwieście powieści. Zaczęłam od Serce i ręka, opowieści przypominającej trochę baśń o miłości trwającej nawet po informacji o śmierci jednego z pary kochanków. W moim osobistym odczuciu to słaba pozycja – uczucie wydawało mi się zbyt… górnolotne, a zakończenie zbyt optymistyczne dla wszystkich, ponieważ nawet łowca posagów znalazł swoją drugą połówkę. Pocieszałam się myślą, że wśród tak dużej liczby tytułów muszą znaleźć się pozycje słabe, chociaż w wielu artykułach badacze nie zawsze są zgodni w określeniu najlepszej lub najgorszej powieści Józefa Kraszewskiego.

Inną, już lepszą powieścią obyczajową, jest Poeta i świat, czyli prozatorskie spojrzenie na rolę poety w społeczeństwie. Na pewno czytaliście wiersze i dramaty traktujące dar układania wersów i rymów, jako niekiedy przekleństwo, ponieważ inni tego nie doceniają, a przecież poeta to ktoś wyjątkowy. W wypadku Poety… mamy pokazany ten problem nie z punktu widzenia romantyka ogarniętego mistycyzmem, tylko jakby z codziennej obserwacji życia Gustawa (o ironio!), jednak ma on wspólne punkty z poezją romantyczną. Jakie? Trzeba samemu się przekonać, sama byłam zadowolona z tej książki, ponieważ ktoś w końcu napisał coś o talencie poetyckim bez metafor, patosu i udziwnień.

Teraz przejdę do chyba ulubionego nurtu w twórczości Kraszewskiego, czyli powieści chłopskiej. Z tego gatunku wymienia się dwa tytuły – ja zacznę od Chaty za wsią, bardzo popularnej opowieści o trudnej miłości między chłopką a Cyganem i uprzedzeniach społecznych w małej miejscowości. Z oceną tej książki często miałam kłopot – pierwsza połowa jest bardzo smutna i kończy się podobnie, natomiast drugą, o córce wymienionej przeze mnie pary bohaterów,, czytamy z małą nadzieją w sercu. Większość czytelników docenia pierwszą część, zwracając uwagę na to, co może zrobić społeczeństwo z jednostką. Ja osobiście wolałam wątek Marysi – jakby na osłodę po burzliwym początku.

Preferowaną wśród badaczy powieścią chłopską jest Ulana dotycząca romansu między prostą wiejską kobietą a bogatym dziedzicem. Miałam wrażenie, że czytam wiejską wersję Anny Kareniny Tołstoja, i prawie trafiłam w sedno. Kraszewski w tym przypadku, podobnie jak z Chatą za wsią, pokazał łamanie zasad panujących w danej ludności oraz skutki podjęcia takich, a nie innych decyzji. Osobiście wolę pierwszą wymienioną przeze mnie książkę z nurtu chłopskiego.

Wisienka na torcie, czyli moim zdaniem najlepsza, jak na razie, powieść Kraszewskiego, czyli Hrabina Cosel. Jako ciekawostkę dodam, że pisarz, jeżeli chodzi o gatunek historyczny, twardo trzymał się faktów i postaci – podobno występuję tylko jedna (!) postać fikcyjna w powieściach tego gatunku. Tytułowa bohaterka to słynna faworyta Augusta III Mocnego, i jednocześnie najciekawsza postać kobieca w naszej literaturze. Hrabina kocha tak mocno, jak i nienawidzi, a obiekt jej uczuć niestety nie należy do wiernych (August Mocny doczekał się podobno trzystu dzieci z kilkudziesięcioma kochankami). Poza tym książka jest świetnie napisana, zachowująca realia czasów saskich – intrygi, miłość, napięcie to chleb powszedni dla tego okresu.

Wymieniłam tylko kilka utworów Józefa Kraszewskiego. Może znacie jeszcze inne?

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Polonistyka

 

‚Kochanica Francuza’ – John Folwes

17 lut

Współczesny czytelnik, który bierze do ręki książkę napisaną przez twórcę żyjącego w XIX wieku i zaczyna ją czytać, na jakiś czas przenosi się w świat, gdzie społeczeństwem rządzą ściśle określone reguły dokładnie opisujące każdy aspekt życia (zwane konwenansami) – zaczynając od ubioru, sposobu wysławiania się, kończąc na rolach mężczyzny i kobiety w społeczeństwie oraz zakazanych tematach. Niektórzy odbiorcy zauważają pewną sztuczność w zachowaniach bohaterów takich powieści (spotkałam się z opinią znajomej osoby, że rozmowy tamtych czasów przypominają wyuczoną na pamięć formułkę), jednak według grupy, do której należę ja, to wszystko składa się na wyjątkowy klimat literatury XIX i początków XX wieku. Współczesny brytyjski pisarz John Folwes postanowił pokazać społeczeństwo wiktoriańskiej Anglii w zupełnie inny sposób niż jego wielcy poprzednicy jak Jane Austen czy też Charles Dickens.

Kochanica Francuza, bo o tej książce mowa, przez krytyków została określona jako ,,najgłośniejsza powieść twórcy Maga i Kolekcjonera”. Co w takim razie ma ta pozycja, że zasłużyła na taką opinię? Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, zaczęłam czytać niewielką, choć zawierającą prawie sześćset stron książkę, która od dłuższego czasu stała na mojej półce.

Jeżeli chodzi o fabułę, spotykamy się raczej z – nazwę rzecz po imieniu – banalną historią, wykorzystywaną wiele razy w tytułach tamtego okresu w historii literatury. Głównym bohaterem jest Karol Smithson, bogaty arystokrata o naukowych (archeologicznych) zainteresowaniach, zaręczony z młodziutką Ernestyną Freeman, dziedziczką olbrzymiej fortuny rodziny kupieckiej. Krótko przed wyznaczoną datą ślubu przyszły pan młody spotyka tytułową ,,kochanicę Francuza”, Sarę Woodruff, pannę o wątpliwej reputacji, napiętnowaną przez społeczeństwo Lyme. Karol od razu ulega fascynacji osobowością nowej znajomej, przez co zaczyna wahać się nad swoją przyszłością. Jak dodam do tego ciotkę Ernestyny (starą pannę), sympatycznego lekarza, wdowę o bardzo konserwatywnych poglądach dotyczących religii, zdziwaczałego stryja głównego bohatera czy mającą się ku sobie parę sprytnych służących, to czytelnik jeszcze bardziej utwierdza się w przekonaniu, że ma przed sobą nieciekawą i przewidywalną fabułę. Jednak w Kochanicy Francuza nie chodzi o losy bohaterów, ale sposób, w jakim narrator wykreowany przez Johna Folwesa opowiada następujące wydarzenia.

Według mnie to właśnie styl i język są największymi atutami tej książki. Prosta opowieść to pretekst do pokazania dystansu do życia w epoce wiktoriańskiej Anglii. Jeżeli w powieściach realistycznych mamy do czynienia ze wszechwiedzącym narratorem, który tylko opisuje, a nie uczestniczy w historii, to u Johna Folwesa spotkamy się z kreatorem danej historii, bawiącego się losami bohaterów – ten, kto opowiada losy Karola, Sary i Ernestyny ani na moment nie pozwala czytelnikowi zapomnieć o sobie. Czyni to poprzez liczne komentarze na temat spraw przemilczanych przez poprzednich autorów (wiadomo, przecież nie wypadało pisać o seksie czy chorobie psychicznej, a tym bardziej o skandalizującej teorii Darwina, ponieważ ówczesny czytelnik mógłby poczuć się zgorszony). Jeżeli na przykład w Hrabinie Cosel Józefa Kraszewskiego ciążę nazywa się ,,chorobą”, to w Kochanicy Francuza możemy poznać myśli i wątpliwości Ernestyny dotyczące małżeńskiego obowiązku, o których nikt na głos by nie wspomniał, a tym bardziej Jane Austen nie napisała w Dumie i uprzedzeniu. Bardzo podobało mi się ironiczne spojrzenie narratora na niektóre zachowania bohaterów wyśmiewającego w ten sposób konwenanse wiktoriańskiej Anglii, a nawet tworzenie kilku wersji danego momentu w historii znajomości Karola i Sary.

John Folwes, według mnie, chciał nie tyle pokazać niektóre bezsensowne zachowania wymyślonych przez siebie postaci, ale odnieść całą historię do naszych czasów, gdzie podobno nie ma mowy o małżeństwie z obowiązku czy tematach tabu. Zobaczyłam sama, że jeszcze mamy w swojej świadomości mentalność własnych przodków i w niektórych sprawach kierujemy się konwenansami ustalonymi dwa wieki temu. Nie będę tutaj podawała przykładów, ponieważ jest ich dość dużo. Jak mawia mój krewny, ,,czasy się zmieniają, ludzie – nigdy”.

Kończąc swoją recenzję, bardzo polecam zapoznanie się z Kochanicą Francuza. To bardzo dobrze napisana powieść, dzięki której po jej lekturze możemy inaczej spojrzeć na książki zaliczane do klasyki literatury.

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Ulubione

 

‚Nowe oblicze Greya’ – E.L. James

01 lut

No i koniec, mogę powiedzieć. Czy jednak żałuję, że cała trylogia o Anastasii i Greyu jest za mną? Do tej kwestii dojdę, tylko dodam parę rzeczy od siebie.

W trzeciej części nasi bohaterowie są już po ślubie (czy tylko ja uważam, że tempo było za szybkie?) i widzimy ich podczas miodowego miesiąca, kiedy robią wszystko, na co mają ochotę. Potem przychodzi szara;-) rzeczywistość, i to właśnie wtedy Ana i Christian mogą zobaczyć skutki swoich decyzji…

Mówiąc szczerze, wynudziłam się przy tym tomie, i to dość mocno. Przez większość akcji nic się nie działo – nie licząc scen seksu (które po jakimś czasie omijałam, ponieważ przy nich miałam ciągłe deja vu i irytowało mnie to, że autorka stara się na siłę je wciskać, nawet przy dość absurdlanych sytuacjach, np. przed poważną rozmową młodego małżeństwa) oraz wątku z byłym szefem Any. I gdyby pani James umiała odpowiednio budować napięcie i opisywać tego typu sceny, to czytelnik byłby zachwycony. A tak mamy BOOM – coś się zaczyna dziać, ale po kilku stronach mamy PSSS – po wszystkim. Bardzo mnie to wkurzyło, ponieważ właśnie w takich typu rozdziałach chciałam czytać dalej – po jakieś połowie miałam ochotę przerwać lekturę, głównie przez męczące czekanie na ciekawe rzeczy w Nowym… . Te odczucia wynikały zapewne z tego, że w międzyczasie zerkałam do pozycji Virginii Woolf, która jest dowodem na to, że można pisać pięknym językiem codzienne sytuacje, i do tego czytelnik chłonie każde słowo. Pani James daleko do tego typu pisarzy. \

Dodam też, że byłam rozczarowana tym, że wewnętrzna bogini Anastasii uspokoiła się. Jedyne zdanie, jakie mi się o niej podobało to ‚moja wewnętrzna bogini ma na sobie strój gladiatorki i nie odpuści’ – a tak tylko razem z podświadomością siedzi i czyta Dickensa lub ‚Jane Eyre’. Nie powiem, stałam się fanką tych stwierdzeń, ponieważ zawsze przy nich się śmiałam.

Na koniec napiszę, że nie chciałabym mieć takiego męża jak Christian Grey, bez względu na to, jak byłby bogaty i przystojny. Ta ciągła mania kontrowania, dominacji nad żoną… I oczywiście Ana daje sobą pomiatać, bo przecież jej ukochany mąż miał ciężkie dzieciństwo, co go usprawiedliwia. Śmiechu warte – ciekawe, co mogą powiedzieć kobiety, które z tą myślą żyją już kilkanaście lat ze swoim partnerem/mężem?

Ogólnie oceniam trylogię dość słabo – ubogi język (jak znowu zaczęłam czytać zdanie ‚ma na sobie…’ to myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok), nierealni bohaterowie, za szybkie tempo akcji… Jednak coś mi się wydaje po skończeniu ostatnich stron tej części, że czeka nas historia opowiedziana z perspektywy Christiana Greya. Ale to tylko moje przypuszczenia.
Kiepski bestseller – idealne na określenie wszystkich części. I nie żałuję, że to koniec. Bardziej przejęłam się zakończeniem serii przygód Harry’ego Pottera czy MILLENIUM.

Małe dopowiedzenie – kto wymyślił, że E.L. James to pisarka wszech czasów? Tołstoj, Dostojewski, Flaubert, Nabokov, Orwell, Woolf i wielu, wielu innych bardziej utalentowanych i lepszych autorów przewraca się w grobach.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Lekkie

 

‚Limonow’ – E. Carrere

13 gru

W październiku tego roku do moich drzwi zapukał listonosz. Wręczył mi paczkę, w której znajdowała się książka autorstwa francuskiego pisarze Emmanuela Carrere’a (1957 r.) pt. Limonow. Zostałam właścicielką tej książki dzięki konkursowi na LC, któremu bardzo dziękuję za wybór mojej pracy.

Jednak czytanie Limonowa odbywało się dość nieregularnie – ciągle przerywałam lekturę w związku ze studiami lub zainteresowaniem innymi powieściami. Mimo tych dwóch miesięcy skończyłam tę powieść biograficzną.

Carrere opisał życie Eduarda Limonowa, znanego w Rosji pisarza-skandalistę, który obecnie ma już siedemdziesiąt lat i działa w rosyjskiej opozycji. A co się działo wcześniej? Przygody, podróże (Paryż, Nowy Jork, Moskwa, Serbia), nowe znajomości, wszelka możliwa praca (służący), pisanie, miłość… Czasem nie mogłam uwierzyć, że opisane wydarzenia były prawdziwe, ponieważ podobne sytuacje najczęściej można spotkać tylko w filmach hollywoodzkich reżyserów. Poza tym na okładkę można znaleźć takie zdanie:

POWIEŚĆ MOCNA – JEGO BOHATERA NIEKONIECZNIE POLUBISZ, ALE GO NIE ZAPOMNISZ.

Zgadzam się z tym w stu procentach – Limonow jest osobą, która nie bała się skandali wokół siebie, a czytając niektóre jego zachowania sama nie wiedziałam, co miałam o nim myśleć i sądzić. Miałam wrażenie, że autor podpowiada czytelnikowi: tacy są Rosjanie – zdolni do wszystkiego i nieobliczalni. Równie dobrze można tak sądzić o każdym słowiańskim narodzie.

Powieść Limonow dobrze się czyta, ale ma pewne wady. Chodzi mi o Emmanuela Carrere’go. Podczas lektury często można dojść do wniosku, że francuski pisarz chce nam powiedzieć, że nie był gorszy od bohatera swoich książek i też miał mrożące krew w żyłach przygody, mimo zdobycia wykształcenia wyższego czy posiadania sławnych i podziwianych rodziców. Strasznie rozpraszały mnie zdania wtrącone: ‚Kiedy Limonow robił to, ja natomiast robiłem co innego’.  Takich stwierdzeń książka zawiera bardzo dużo. W jakim celu mają one służyć? Do porównania życia obu mężczyzn? Nie wiem, ale osobiście uważam, że nie jest to potrzebne. Dodam też, że końcówka powieści jest niezbyt udana – rozpisana historia nowsza Rosji, a w mniejszej ilości wspomnienia najważniejszego bohatera.

Podsumowując, Limonow to dobra książka, ale sama usunęłabym większość wypowiedzi zbyt wymądrzającego się autora-narratora – jego wtrącenia bardzo rozpraszają i czasem przedłużają czytanie i poznanie rosyjskiego skandalisty.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

‚Dziewczyna z perłą’ – T. Chevalier

10 gru

W prawdopodobnie 1665 roku w Holandii powstał jeden z najbardziej tajemniczych obrazów na świecie – mam tu na myśli Dziewczynę z perłą autorstwa Jana Vermeera.

Mamy na nim młodą dziewczynę, która obraca głowę w naszą stronę, ale ciało pozostaje w innej pozycji. Patrzy tak, jakby zauważyła coś znajomego i miłego dla niej. Modelka ma na głowie dwukolorowy turban, a w uszach kolczyki z pereł. Jest wiele spekulacji dotyczących, kim jest ta dziewczyna. Niektórzy twierdzą, że to jedna z córek Jana Vermeera, Maria, a inny uważają, że malarz na obrazie przedstawił swoją kochankę. Do tej pory żadnym znawcom nie udało się rozwiązać zagadki dotyczącej tego obrazu.

W czasach współczesnych takie tajemnice są niesamowitym polem do wyobraźni. Każdy z nas może sam stworzyć historię powstania danego dzieła, a potem spisać to. Tak też zrobiła amerykańska pisarka powieści historycznych Tracy Chevalier (1962 r.), która postanowiła opisać swoją hipotezę powstania w powieści o tym samym tytule, obraz – Dziewczyna z perłą.

Główną bohaterką jest 17-letnia Holenderka Griet, która z powodu kłopotów finansowych rodziny musi podjąć pracę jako służącą w domu słynnego malarza Jana Vermeera, który posiada liczną rodzinę. Dziewczyna powoli stosuje się do zasad panujących u swoich chlebodawców, mimo małej obawy co do wyznania (ona jest protestantką, natomiast Vermeerowie  wyznają katolicyzm). W międzyczasie poznaje syna rzeźnika, Pietera, oczarowanego urodą Griet. Dziewczyna jednak ulega fascynacją do swojego pana oraz jego zawodu – malowanie obrazów. Pewnego dnia zdarza się coś, co być może odmieni życie zwykłej dziewczyny…

Kiedy brałam Dziewczynę z perłą do ręki, byłam pełna obaw – wcześniej czytałam kilka powieści, gdzie autorki (tak, autorki) były niekonsekwentne, jeśli chodzi o język i styl, w którym pisały swoje powieści. Po kilku stronach byłam mile zaskoczona – Tracy Chevalier stworzyła historię spokojną, jakby melodyjną, która od razu uwodzi czytelnika, mimo braku jakiś wyraźnych wydarzeń. Styl książki sprawił, że od razu poczułam się, jakbym mieszkała w Holandii w XVI wieku i bez problemu wczułam się w postać Griet.

Co mnie najbardziej zasmuciło? Że to tylko pomieszanie prawdy z fikcją, że historia opisana przez Tracy Chevalier nie jest rozwiązaniem tajemnicy słynnego portretu ‚holenderskiej Mona Lizy’. Co jednak nie umniejsza mojego oczarowania tą małą książeczką (215 stron).

Osobiście polecam do przeczytania Dziewczynę z perłą, nawet jeśli ktoś nie interesuje się malarstwem – za to dostanie sprawnie napisaną historię z delikatnym stylem, która potrafi zaczarować, zupełnie jak spojrzenie z tytułowego obrazu.

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Lekkie

 

Piękna i Bestia w nowej aranżacji – cz. 2

07 gru

Kiedy skończyłam wpis dotyczący książek opartych na motywie baśni o Pięknej i Bestii, miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam. W końcu, po dwóch dniach, przypomniałam sobie o jeszcze jednej, bardzo ważnej pozycji.

Pewien francuski dziennikarz z XIX wieku (z wykształcenia prawnik) wydawał głównie powieści detektywistyczne, o których dziś mało kto pamięta. Ale ma na swoim koncie jedną książkę, która rozpaliła wyobraźnię nie tylko swoich współczesnych czytelników, ale też naszych obecnych twórców. Mamy wersję musicalową, która do tej pory podbija sceny na całym świecie, ba, nawet nakręcono film z Geraldem Butlerem w roli tytułowej. Chyba już wiadomo, o co mi chodzi. Tym pisarzem był Gaston Leroux (1868-1927) oraz jego Upiór Opery.

Jaka jest powieść? Pierwsze skojarzenie, jakie wpada mi do głowy, to mroczne. Mamy operę we Francji, tajemnicze zabójstwa,z niknięcia, niewytłumaczalne zjawiska, a wśród nich piękna śpiewaczka Christina, która z aktorki drugoplanowej staje się diwą. Na jej drodze staje znajomy z dzieciństwa, Raul, który zakochuje się w niej bez pamięci. Jednak jego ukochana skrywa pewną tajemnicę dotyczącą słynnego Upiora Opery…

Napiszę też to, iż wersja oryginalna bardzo różni się od tej filmowej, a postać Eryka (Upiora) wygląda zupełnie inaczej niż na deskach teatrów – pewnie nikt nie wpadł na pomysł, jak odwzorować opis z powieści Lerouxa. Tym razem mamy zmodyfikowaną historię Pięknej i Bestii, ponieważ Bestia kocha do szaleństwa, a Piękna skrycie marzy o uwolnieniu się z jego wpływu. I co czytelnik ma o tym myśleć? Komu ma współczuć: nieszczęśliwemu Erykowi, który całe swoje życie ulokował w ukochanej, czy Christinie, która za wysoką cenę ma to, o czym marzyła, czy też Raulowi, który też kocha do szaleństwa, ale jest ciągle okłamywany? Niesamowity trójkąt, którego historia wciąga bez reszty…

Co można więcej dodać? Upiór Opery to jeden z wielu tytułów powieści, o której cały czas pamiętamy, ale gdzieś po drodze gubimy nazwisko tego, co wymyślił coś takiego. Gaston Leroux zaprezentował nam Piękną i Bestię jako coś mrocznego i niesamowicie działającego na wyobraźnię.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS